Rok 1939/40 - 1 września

Na wszelki wypadek rowy – schrony były na wszystkich odkrytych miejscach gotowe. Mimo naprężonej sytuacji politycznej rok szkolny 1939/40 był całkowicie przygotowany do rozpoczęcia pracy. 1 września na 2 godziny przed dzwonkiem szkolnym ukazały się samoloty. Alarm ogłoszony dla miasta Warszawy, przyjęto jako próbny, a o godzinie 9 lotnisko na Okęciu zostało już zbombardowane. Mimo grozy, jaka nad nami zawisła, cały personel szkolny zebrał się o zwykłej porze, to jest na godz. 7.30. Dzieci i rodzice przychodzili gromadkami po decyzję. Cześć dzieci została z nami w szkole, lecz po bombardowaniu lotniska władze szkolne poleciły dzieci w szkołach nie gromadzić. Rozstaliśmy się wszyscy na okres 3 tygodni głodu, poniewierki, ucieczki przed śmiercią lub rezygnacji z życia.

28 września nastąpiła kapitulacja Warszawy, a w cztery dni później nasz budynek szkolny i mój pokój zostały zarekwirowane przez niemiecką żandarmerię polową. Byłam zastępcą chorego kierownika szkoły, więc cała odpowiedzialność za majątek szkoły i organizację pracy ciążyła na mnie, tym więcej, że mieszkałam w mieszkaniu administracyjnym przy szkole. Mężczyźni zostali powołani pod broń lub pognani przez generała na wschód. Pozostali grupowali się w ochotnicze Brygady Robotnicze obr. Warszawy. Zostały kobiety i dzieci, których znaczną część wywiozły matki na wieś do rodzin. Niemcy mieli zająć budynek 2 października , więc matki i dzieci najbliżej mieszkające pomagały mi przenosić do mego mieszkania i swoich mieszkań to, co było na nasze siły: dokumentację szkoły, instrumenty muzyczne, książki z biblioteki, portrety, pomoce naukowe, nawet pianino przyciągnęłyśmy do klatki schodowej i z powrotem na miejsce. To było ponad nasze siły. Zostały również na swoich miejscach szafy, biurka i ławki. 2 października zjechali Niemcy i byli przez 6 tygodni.

W naszej szkole pracował od wielu lat nauczyciel języka niemieckiego Robert Besser, ewangelik ,,dobry Polak”. Za takiego się uważał. Po kapitulacji Warszawy zgłosił się pierwszy do mnie, więc prosiłam go o pomoc przy zabezpieczeniu sprzętu szkolnego, który został w budynku. Na jego prośbę wszystkie szafy, stoły i biurka zostały zniesione do jednej izby, którą Niemcy wydzielili ze swego użytkowania , a ławki zgromadzono na dziedzińcu pod prowizorycznym dachem. W moim pokoju urządzono pracownię krawiecką (szyto i reperowano bieliznę i mundury). Na dziedzińcu szkolnym przez 2 dni zwoływali Niemcy ludzi obarczonych dziećmi i rozdawali chleb przywieziony na wielkiej furze. Miało to być dla pogorzelców, ale dawali kto się zgłosił. Ustawiali ich w ogonku i fotografowali. Taki był cel rozdawnictwa. Mieszkańców naszych nie spotykałam. Przez całe 6 tygodni budynek i dziedziniec szkolny były miejscem kaźni. Przywożono ludzi z nocnych rewizji, z dziennych łapanek na odsiedzenie w areszcie (piwnicy) i na śmierć. Leje po bombach na polu przylegającym do terenu szkolnego służyły skazańcom za grób. Prawie wszystkie budynki szkolne na Pradze były zajęte przez wojska niemieckie, więc szkoły znajdujące się w domach czynszowych musiały pomieścić u siebie szkoły bezdomne, wypędzone przez wojsko. Takie przytulisko nasza szkoła znalazła w szkole 44 przy ul. Stalowej 34 na godziny popołudniowe. Zwołałam więc wszystkie dzieci, kol. Besser zwołał wszystkich kolegów nauczycieli i 8 października 1939r. Rozpoczęliśmy lekcje. Ponieważ w ciągu dnia część mojego mieszkania zajmowali Niemcy, więc ze zrozumiałych względów wychodziłam od rana, a wracałam przed godziną policyjną, kiedy moje mieszkanie było już wolne. W listopadzie tegoż roku stan zdrowia kierownika szkoły pozwolił mu na jakiś czas wrócić do pracy, więc wspólnie zaczęliśmy szukać lepszych i większych pomieszczeń dla naszych dzieci. W kilka tygodni po rozpoczęciu nauki kol. Besser ,,awansował” na kierownika szkoły dla volksdeutsch, co nam z dumą oświadczył i pożegnał.