Rok szkolny 1941/42 rozpoczęliśmy i zakończyliśmy w budynku własnym. Nasz budynek szkolny miał wokół bardzo dużo wolnej przestrzeni, na której uprawiano sobie działki, gdzie to było możliwe. Pożegnanie klas siódmych to nie jest zwykłe rozstanie się na wakacje. Jest szkolnym zwyczajem , aby uczniom tym więcej czasu i słów poświęcić. Od jesieni 1941r. Stan zdrowia naszego kierownika szkoły pogorszył się, pracę musiał przerwać, a ja znów sama przejęłam kierownictwo. Czas leciał lotem błyskawicy i koniec roku też. Zaplanowałam sobie pożegnalne przemówienie przy rozdawaniu świadectw ukończenia szkoły z odśpiewaniem Hymnu Narodowego i Roty, jak to było w pierwszym roku wojny. Tymczasem klasa VII ze swoją wychowawczynią przedstawiły mi program uroczystości, który miały wykonać same, a na który składały się wyjątki z Ksiąg Pielgrzymstwa – Mickiewicza, z Konrada Wallenroda i z Dziadów. Naturalnie, że musiało się to wszystko odbyć. Sala Licząca 50 m2 i korytarze były zatłoczone ludźmi. Duszno. Okna musiały być otwarte. Rozpoczęliśmy Hymnem. Dzieci ze zrozumiałą dumą wyrecytowały wyuczone utwory i przyszła kolej na mnie. Gdy w przemówieniu swoim dziękowałam rodzicom i dzieciom, głównie dzieciom, za zrozumienie jakie miały dla trudnej sytuacji nauczycieli , za ostrożność , jaką musiały zachować w nieprzyjemnych przypadkach rewizji na ulicach, za udział w pracy czerwonokrzyskiej, jaką szkoła prowadziła przez całą wojnę, rozszlochała się sala, jak gdyby im żal było, że od tej pracy odchodzą do ,,zwyczajnego życia”. Wreszcie gruchnęła pieśń ,,Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Dalekim echem rozległa się melodia po Targówku, a ludzie pracujący na działkach powstawali, pobliscy sąsiedzi powychodzili z domów, a przechodnie zatrzymywali się z obnażonymi głowami przed oknami szkoły, jak przed głośnikiem i stali wszyscy, aż do końca 3 strofki. Śpiewały głosy i serca, śpiewała duma, a skandowała nienawiść i dlatego pieśń była przepotężna. Była przeżyciem dla śpiewających i słuchających. Jesienią tegoż roku 1942 czterech absolwentów, których właśnie żegnałam w czerwcu zabrało w nocy z mieszkania gestapo, jeden został pojmany w ,,łapance”, a jeszcze jeden został ciężko ranny odłamkiem w twarz i stracił oko. Nazwiska tych moich dzieci to: Palusiński Czesław, Kapeć Zenon, Więckiewicz Jan i okaleczony i oszpecony Krzyżanowski. Pierwsi trzej byli kolporterami ,,nielegalnych” biuletynów, które pobierali z biblioteki publicznej przy ul. Radzymińskiej 54 w czasie wymiany książek. Kapeć w dwa lata został zwolniony, pozostali trzej zginęli w Oświęcimiu.