Wiosną 1943r. Dokonano u mnie po raz drugi rewizji, której cel był mi nie znany. W dwa tygodnie później przesłuchiwana byłam w Alei Szucha w sprawie chłopców. Pytano, czy byłam ich nauczycielką, jakimi byli uczniami, gdzie spędzali czas po lekcjach i czy nauczyciele wiedzą czym się zajmują dzieci po lekcjach i że do nas nauczycieli należy ostrzegać uczniów przed konsekwencjami jakie zaistniały w wypadku tych trzech chłopców. Rozmowę bezpośrednio ze mną prowadziła tłumaczka w sposób bardzo kulturalny. W tłumaczce poznałam panią, która była u mnie na pierwszej rewizji ze starszym cywilnym panem. Oboje, bardzo poprawnie i naszym warszawskim akcentem, mówili ze mną po polsku. Ci ludzie pozostali dla mnie do dzisiaj zagadką. Powiedzieli, że przyjechali na rewizję, widząc moje zdenerwowanie bardzo mnie uspokajali, nigdzie nie otwierali, nie zaglądali, cały czas około 1 godziny rozmawiali ze mną stojąc w drzwiach między przedpokojem a pokojem. Pytali o moja rodzinę szczegółowo (miałam wówczas brata w Oświęcimiu i powiedziałam im o tym), pytali o warunki pracy w szkole, ilość dzieci, ilość godzin zajęć szkolnych, w końcu powiedzieli mi, że zostanę wezwana na przesłuchanie, żebym nie denerwowała się tym. A gdy wreszcie czekałam w Alei Szucha na to przesłuchanie, to tyle się nasłuchałam jęków ludzkich i tyle widziałam smutnych, zmordowanych twarzy ludzi, że chociaż moi inkwizytorzy obeszli się ze mną w sposób zewnętrznie przyzwoity, to przeżyłam szok nerwowy i wróciłam z twarzą tak zapuchniętą, że nikt w szkole nie poznał mnie. Wzywano mnie jeszcze 3 razy, ale już nie byłam na żadnym przesłuchaniu, tylko zapisali moje zgłoszenie i odchodziłam. Matki chłopców nie były wzywane. Dowiedziałam się znacznie później, że p. Palusińska również była wzywana.
We wrześniu 1942 na popołudniową zmianę przeniosła się do naszego budynku szkoła 37, której budynek był przy ul. Oszmiańskiej i był przez całą okupację zajęty przez policje niemiecką. Obie nasze szkoły pracując pod jednym dachem wspólnie przezywały tragizm polskiego narodu, bunt polskiej szkoły i radosne przebłyski przyszłości dla tych, co zostaną. Kierownikiem szkoły 37 był kol. Zubrzycki Piotr, który dla naszych obu szkół stał się mózgiem tajnej nauki i kierownikiem cichej pracy młodzieży czerwonokrzyskiej. On to wskazał nam szpital Ujazdowski i salę 42
z chorymi jeńcami polskimi, dokąd nasze dzieci pod opieką nauczycieli lub matek jeden raz
w tygodniu mogły zawozić paczki żywnościowe, trochę słodyczy, papierosy, uśmiech i ciepło rodzinnego serca. Z utęsknieniem oczekiwali żołnierze tych odwiedzin. Jeden z tych młodych ludzi umierał przez parę dni pragnąc zobaczyć przed śmiercią jeszcze raz nasze dzieci. Zakończył przy nas życie oddawszy nam list z prośbą o odszukanie jego rodziny. Był z okolic Wilna. Matki naszych dzieci zawoziły dla całej sali lub ciężej chorych gorący posiłek w postaci pożywnej zupy czy rosołu. Za okazaniem przepustki wydanej przez Zarząd Szpitala Ujazdowskiego na podstawie zaświadczenia szkoły byliśmy wpuszczani do chorych jeńców. Kierownik Zubrzycki redukował różne zarządzenia szkolnych władz niemieckich, a między innymi cotygodniową dostawę kości
w znacznych ilościach i prenumeratę, ,Sterów” zamiast podręczników do polskiego. Dostawa kości została ograniczona do minimum i nie pomagały upomnienia i monity, a ,,Sterów” na całą szkołę było zawsze nie więcej niż 25 – 30 egzemplarzy i w czasie wizytacji przenoszone były
z klasy do klasy, gdzie miał się odbywać język polski. W rzeczywistości szkoła posługiwała się
we wszystkich przedmiotach własnymi podręcznikami, nie pozwalając dzieciom nosić ich ze sobą
ze względu na zdarzające się wówczas rewizje teczek dziecięcych na ulicach.
Podczas wizytacji lustratorom niemieckim nie chodziło o metody pracy pedagogicznej, lecz
o przyłapanie nauczyciela i klasy na braku lojalności w stosunku do zarządzeń niemieckich. Kierownicy szkół na Targówku byli zawsze zawiadamiani przez sekretarza inspektoratu kol. Mariana Primma o wyjeździe Niemców na wizytację. Mogliśmy wzmóc ostrożność, a jednak
w kl. V szkoły 37 kol. Gąsiorowska nie zdążyła zamaskować ćwicz. o Gdańsku, które dostało się w niemieckie ręce ,,inspektora”. Burza zawisła nad szkołą. Rozjuszony inspektor polecił kier. Zubrzyckiemu natychmiast zwołać Rade Pedagogiczną do kancelarii, gdzie wściekły tłukł pięścią w stół pouczając z furią, że Gdańsk nigdy nie był i nie będzie polskim portem i żeby to sobie polscy nauczyciele zapamiętali. Wspominam to zdarzenie dlatego, że obie nasze szkoły z zapartym oddechem czekały na przypuszczalnie smutne skutki powizytacyjne, lecz groźne chmury rozpędzone zostały przez pomyślne wiatry. W tymże samym roku w każdą niedzielę przez
6 tygodni odbywało się w naszym budynku przeszkolenie sanitarne dla członków Podziemia. Przychodziło 10 dziewcząt i 2 lekarzy. Przez cały czas na zwiadach był ze mną dozorca naszej szkoły (ob. Niewiadomski).
![]() |
Ufajcie żołnierze, że w młodzieży czerwonokrzyskiej macie godnych następców.
,,Boże w Trójcy niepojęty, Święty na wiek wieków Święty”. Przebrzmiały ostatnie słowa porannej modlitwy. Cisza... Przed szeregami młodzieży stoi Pani Kierowniczka. Ponieważ nikt z personelu nauczycielskiego nie daje rozkazu do rozejścia się dzieci, pojawiają się niepokojące szmery, które cichną w chwili, gdy w sali rekreacyjnej da się słyszeć głos Zwierzchnika Szkoły. Płyną dodające otuchy słowa. Więc tak. Podczas, gdy straszny okupant gnębi i niszczy ludność, tam w szpitalu leżą bezbronni, polscy żołnierze. Ci, którzy dzielnie bronili polskich granic, potrzebują teraz naszej pomocy. Im należy się nie tylko wdzięczność. Im należy się miłość narodu, a my jego przyszłością. ,,Miłuj bliźniego – bliźniemu służ” – to przecież nasze hasło. W przeddzień Bożego Narodzenia dzieci szkolne z paczkami i własnoręcznie wykonanymi pocztówkami podążają do szpitala. W chwilę później spotkały się spojrzenia tych, którzy dla Ojczyzny oddali swą energię ze spojrzeniami tych, którzy wkrótce energią swą mają Polsce służyć. Jeśli całą młodzież polską ogarnęła wzniosła idea Polskiego Czerwonego Krzyża, to serca żołnierskie mogą bić ufnie, spokojnie.
Z Zapisków kroniki klas V-VII. Rok 1942
![]() |
Sala ,,42” to sala chorych polskich jeńców w Szpitalu Ujazdowskim. Tę właśnie salę oddał pod naszą opiekę kol. kierownik Zubrzycki. Skąd ją wziął – nie wiem; przypuszczam, że nie pamiętam. |
Łzy radości płynące z oczu naszych żołnierzy są dla nas podziękowaniem za pracę.
Zadaniem każdego z nas było dostarczenie żołnierzom produktów żywnościowych. Wreszcie i na mnie przyszła kolej. Pielęgniarka wskazała mi sale, w których znajdowali się polscy ranni żołnierze. Paczkę, którą niosłam, ściskałam mocno w dłoniach. W sali na łóżku leżał człowiek o bladej twarzy. Oczy miał wpadnięte. Kiedy zbliżyłam się do niego, jakiż straszny uderzył mnie widok. Żołnierz ten nie miał obu rąk. Nie wiedziałam, co mówić. On zaś długo patrzył się na mnie, a kiedy złożyłam paczkę na szafce przy łóżku, powiedział: ,,Dziękuję ci drogie dziecko”, a z oczu popłynęły mu łzy. Stałam chwilę nieruchoma nie mogąc oderwać wzroku od nieszczęśliwego człowieka, a potem nie mówiąc ni słowa, wyszłam.
Z kroniki klas V – VII. Rok 1942/43