17.I.1945 r. w 114

Rok 1945 rozpoczął się bardzo mroźno. Lód pokrył Wisłę i ułatwił naszym wojskom przejście. Linie frontu oddalały się od Targówka, a 17-go stycznia na przejeździe kolejowym ukazał się pierwszy człowiek z wojennej tułaczki, który przekroczył Wisłę. Wkrótce zjawił się na ul. Radzymińskiej drugi i trzeci. Jak błyskawica leciała wieść, że ludzie wracają zza Wisły. Niemców nie ma w Warszawie! Błogosławiony niech będzie mróz, sojusznik naszych walk. Oboje nasi woźni z niecierpliwością czekali końca lekcji, aby nam oznajmić tę radosną wieść. Zrobiło się ogromne poruszenie wśród dzieci. Przecież żadne z nich nie miało w domu ojca. Czyż można było trzymać dzieci w ciasnej izbie, gdy Warszawa wolna, Niemców nie ma i ludzie wracają!? Ubieramy się wszyscy i idziemy nad Wisłę uczyć się żywej historii naszego narodu. Doszliśmy tylko do kościoła Św. Floriana. Dzieci zamilkły na widok Warszawy. Patrząc na szkielety i oczodoły wypalonych domów-płakały. Rozmawialiśmy ze sobą bez słów. Nie obchodzili nas ludzie, których zresztą minęliśmy tylko czworo. Obchodziła nas Warszawa, co z nią będzie. Znałam jej przeszłość, miałam przed oczyma okrutną teraźniejszość, a miłość i przywiązanie do mojego rodzinnego miasta kazały mi wierzyć w jej przyszłość. Nie sądziłam tylko, że to się stanie jeszcze za mego życia. Zamknęłam się na chwilę w sobie i zaczęłam się modlić słowami:
„ O miasto moje, o Warszawo święta schylam się pokornie do Twoich kamieni, bo w każdym głosie czyjaś łza zaklęta i krew się czyjaś na każdym czerwieni. A gdy myśleli, że Cię złożą w trumnie, że padniesz, to Ty z uśmiechem tak hardo, tak dumnie męczeński krzyż swój dźwigałaś, Warszawo!”

Może wyglądało to dumnie i hardo, ale uśmiechu w całym obliczu Warszawy trudno było się dopatrzeć. Wracaliśmy smutni. O jakże się różniły te dzieci od dzisiejszych, które nie rozumieją jak ówczesne co to kataklizm straszliwej wojny, głód, codzienne widmo strachu i śmierci, bezprawie i gwałt. Moje dzieci wracały cicho ze swymi myślami. Na Targówku rozeszły się do swoich domów. Obejrzawszy się, przystanęłam by zaobserwować czy moja nieobecność ożywiła je. Lecz dzieci szły dalej poważnie i milcząco. Znaczyło to dla mnie, że niosły w sercu przeżycie swego narodu i swojej Warszawy. W nocy z 17 na 18 stycznia mieszkańcy Pragi wypoczywali spokojnie, a kto mógł zasnąć wstawał okrzepiony na siłach. Następnego dnia prawie na wszystkich lekcjach zachodziła potrzeba mówienia o Warszawie, o ludziach i młodzieży, o dzieciach i kobietach, że my wszyscy razem musimy stać się dobrymi robotnikami w dziale odbudowy naszego ukochanego miasta. 19 stycznia po lekcjach przeszłam lodowisko wiślane na wysokości Cytadeli, lecz ze względu na rozpoczęte odnawiania terenu, ulic, domów nie wolno było poruszać się w dowolnych kierunkach.

W 14 lat później w rocznicę wyzwolenia Warszawy pojawiła się w gazecie wzmianka o naszej szkole pod tytułem „Pierwsza lekcja nad Wisłą”.
- Jaki był temat pierwszej lekcji po wyzwoleniu Warszawy?
- pytamy p. M. Nawrocką, dzisiaj nauczycielkę szkoły podstawowej nr 114.
- Temat? Nie było żadnej lekcji. Zabrałam 40 moich uczniów i poszliśmy nad Wisłę, po raz pierwszy bez obawy, spojrzeć na Warszawę. Wtedy już nikt do nas nie strzelał. Pozostali w mieście Niemcy ukrywali się.
14 lat temu pani Nawrocka uczyła w Pradze we własnym pokoju o powierzchni zaledwie 15 metrów. Do ławek stojących w głębi dzieci dostawały się przechodząc „wierzchem”. Pomoce naukowe złożono w kuchni. Co dwie godziny przychodziła nowa grupa.
Dzisiaj pani Nawrocka uczy w jednej z nielicznych w Warszawie szkół, w której nauka odbywa się na jedną zmianę.