O Targówku i jego mieszkańcach

Kiedy na jednej z Konferencji Rejonowej w r. 1966 zapoznawałam kolegów ze środowiskiem Targówka, pomyślałam, że nie od rzeczy będzie zapisać to w kronice szkolnej, do której w razie potrzeby zawsze można zajrzeć. Dla nauczyciela, który oddaje znaczną część swego życia i pracy dla dzieci i młodzieży w szkole, do której został przydzielony, pochodzenie społeczne dzieci, warunki środowiskowe i materialne mają wielką wagę. Chociaż powojenne społeczeństwo Targówka znacznie zostało przemieszane, zgoła różne od tego, jakie się tworzyło w latach 1916- 39, dobrze jest mieć pojęcie o dzielnicy i jej mieszkańcach nie tylko z dnia dzisiejszego. Przydzielono mnie do szkoły na Targówku od 1 lutego 1922r., dotąd tu pracuję, a przez 40 lat aż do 1962r. byłam mieszkanką Targówka, zatem do wszystkiego, co mogę o Targówku i jego społeczeństwie powiedzieć bezpośrednio dotyka moja pamięć lub pomagają notatki, które robiłam zapoznając się z nowym miejscem mego zamieszkania i pracy.

W miejscu, gdzie obecnie są szkoły, Dom Kultury, piękny skwer, a raczej założony park i stadion sportowy, rozciągały się tereny podmokłych łąk, pasły się krowy pod opieką wspólnego pastucha, kozy poszczególnych właścicieli, przywiązywane do palików, popętane konie różnych badylarzy i furmanów, a gdzieniegdzie stała chałupka drewniana, pozostałości sprzed 1912r., kiedy to obszary Targówka stanowiły tak zwany ,,rejon forteczny”, w którym nie wolno było stawiać domków murowanych. Pierwsze domki murowane zaczęły się pojawiać po roku 1912. Na te właśnie podmokłe łąki przychodziły klasy ze szkół 55, 70 i 114 na spacery lub na lekcje przyrody. Targówek, o którym mówię to tereny pomiędzy ul. Wincentego i tak zwaną dawniej Szosą Radzymińską, ciągnące się od torów kolejowych w stronę Starego Bródna i Marek. W roku 1918 przy ul. Św. Wincentego nr 12 w jednopiętrowym drewniaku otwarta została szkoła żeńska nr 136, wcześniejsza była szkoła koedukacyjna nr 70 naprzeciw bramy cmentarnej w drewnianym baraku, jeszcze wcześniej - szkoła męska nr 55 na ul. Piotra Skargi 20/22 w jedynym murowanym jednopiętrowym domku, a w cztery lata później w tym samym budynku powstała szkoła nr 114 dla dziewcząt jako popołudniowa.

Szkoła 55 musiała objąć dzieci z Targówka Fabrycznego i Utraty, ponieważ w tamtych rejonach nie było szkół. Odległość dość znaczna i niebezpieczeństwo duże, gdyż dla skrócenia drogi dzieci przechodziły przez tory kolejowe. Jedynie dla klas I i II były wynajęte izby w domach mieszkalnych i urządzone klasy na miejscu. Były to lata 1916, 17, 18r., kiedy były otwierane szkoły przez R. G. O w okupowanej Warszawie i kraju, a społeczeństwo Targówka zdecydowanie zaczęło się stabilizować.
Przed I wojną światową obszary Targówka były własnością kolonistów niemieckich. Znane mi są tylko trzy nazwiska. Od torów kolejowych do dzisiejszej ul. Tykocińskiej (mniej więcej) tereny nazywały się ,,fajansówką” od właściciela Fajansa. Prowadzono tu przeważnie warzywnictwo. W miejscu, gdzie dzisiaj jest ul. Barkocińska, Remiszewska, Handlowa i Janinówka były tak zwane ,,Ogrody Lampego”, a właścicielem był Lampe. W ogrodach Lampego było urządzone coś w rodzaju wesołego miasteczka z huśtawkami i karuzelą. Niedziele i święta były zawsze wesołe, bez awantur. Trzecim właścicielem był Hipsch, którego zabudowania dotąd przetrwały na dzisiejszej ul. Trockiej, gdzie obecnie jest P.G.R. ,,Hipschówka” również prowadziła głównie warzywnictwo, ale już się spotykało łany zbóż i obszerne pola ziemniaków.

Produkty stąd nasycały prawobrzeżną Warszawę na targowisku przy ul. Skaryszewskiej róg Targowej. Koloniści Niemcy – właściciele majątków zatrudniali u siebie rodziny polskich wyrobników rolnych z podwarszawskich wsi i z tych to rodzin między innymi tworzyło się społeczeństwo Targówka. Już w okresie Rady Regencyjnej (od 1917r.) Niemcy zaczęli wyzbywać się swoich posiadłości, parcelowali je i sprzedawali. Najdłużej utrzymał się Hipsch, od którego część jego majątku kupiła w parcelach p. Tomaszewska, chociaż na Targówku nigdy nie miała zamieszkać. Po prostu posiadany kapitał ulokowała w ziemi (mieszkała w Milanówku). Wiem od p. Tomaszewskiej, że nosiła się z myślą o różnych inwestycjach dla Targówka, lecz to szło ogromnie opornie. Koloniści – Niemcy Targówek opuścili zaraz po pierwszej wojnie, zostali tylko dzierżawcy, drobni właściciele poszczególnych parceli zakupionych pod jednorodzinne domki z ogródkami. Nabywcami tych parceli byli w większości kolejarze, tramwajarze, robotnicy Hipschówki, ogrodnicy spod Radzymina i Marek i różni chałupnicy. Zdarzały się i domki czynszowe, do których sprowadzali się najbiedniejsi robotnicy warszawscy, bo komorne tutaj było niskie. Dzielnica ta długo należała do gminy, której urząd mieścił się razem z komisariatem w jedynym murowanym domku na ul. Julianówce, obecnie Tykocińskiej. W 1916r. została zniesiona gmina i Targówek, aż do ul. Trockiej obecnej, stał się peryferyjną dzielnicą wielkiej Warszawy. Dojazdu do Tragówka w dalszym ciągu nie było. Ostatni przystanek tramwajowy był bardzo długo na rogu Kawęczyńskiej, Ząbkowskiej i Radzymińskiej; od strony Św. Wincentego pętla była przy ul. Szwedzkiej. Od jednej i od drugiej strony było po 2 i więcej kilometrów. Do tej odległej, ale za to tańszej dzielnicy ciągnęła wielkomiejska biedota na mieszkanie. Przez wiele lat wodę ,,zdatną do picia” kupowano od woziwody, który w beczce na dwukołowym wózku rozwoził ją z odległych studni. W 1922/23 roku sama taką wodę kupowałam.

Dwie główne arterie na Targówku, o których piszę to ul. Radzymińska i Św. Wincentego. Do pierwszej wojny światowej i parę lat po wojnie ul. Radzymińska za wałem była zwykłą polna drogą prowadzącą do Marek i Radzymina. Mówiono na nią ,,droga na Radzymin”. Nie miała żadnych zabudowań mieszkalnych. Po prawej stronie tory kolejowe i wartownicze budki dróżników. W miejscu naprzeciw dzisiejszej ul. Handlowej był tartak, własność prywatna, gdzie rżnęli drzewo piłami jak na wsi. W pobliżu stała mała fabryczka dykty. Po tej samej stronie prawej, jakiś kilometr od tartaku w stronę Radzymina był jedyny dom mieszkalny ,,Pod bocianem”, a naprzeciwko obmurowana ,,Biała karczma”, dotąd tak się nazywająca. Obydwa te domy obsługiwały jadących na targi do Warszawy ,,badylarzy” i rolników. Służyły jednocześnie jako domy noclegowe. Więcej budynków nie było, dopiero aż w wioskach: Pustelnik i Struga stały zabudowania ludzkie. Ul. Św. Wincentego jako atrakcyjniejsza ze względu na pogrzebowy trakt cmentarny była bardziej zaludniona. Po jednej i po drugiej stronie ulicy było kilka większych i mniejszych przedsiębiorstw kamieniarskich z własnymi mieszkaniami oraz ogrodnicy kwiaciarze. Na początku ulicy pod numerem 2 – piekarnia ,,Roguskiego” (tak nazywał się właściciel), a na końcu ulicy na wprost bramy cmentarnej – restauracja ,,Pod trupkiem” zwana tak do dnia dzisiejszego. Pamiętam tę ulicę z moich lat dziecięcych, kiedy to w Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych z Placu Zamkowego do cmentarza jeździło się za 3 lub 5 kopiejek ,,platformami”. Były to zbite z desek ławki z oparciem lub bez oparcia na czterokołowym podwoziu. Za 3 kopiejki były miejsca na gołych deskach bez oparcia, za 5 kopiejek ławki były czymś przykryte i z oparciem. Innej komunikacji z cmentarzem nie było. Konnym tramwajem można było dojechać tylko do ul. Targowej. Tak było lat temu 55-60-70. Od ul. Wincentego do Radzymińskiej w kierunku poprzecznym wydeptywano przejścia i drogi przez pola, z których w przyszłości powstały krótsze lub dłuższe ulice. Latarnie gazowe pojawiły się na Piotra Skargi i początku ul. Radzymińskiej miedzy rokiem 1925-30. W tym też czasie zostały położone jednostronnie chodniki o jednej płycie i bruk na jezdniach (kocie łby). Ulice Barkocińska, Handlowa, Remiszewska i wiele innych dostały latarnie gazowe i chodniki dopiero po roku 1936, to jest po wybudowaniu Szkoły Podstawowej nr. 114 przy ul. Stojanowskiej 12/14. Ul. Radzymińska już się wtedy szczyciła hutą szkła i olejarnią, które dla swoich pracowników stawiały domy mieszkalne w pobliżu zakładu pracy (ul. Handlowa 20 i 22). Po roku 1930 wszczął się prywatny, przedsiębiorczy ruch budowlany typu mieszkaniowego. Prywatni przedsiębiorcy zbudowali ul. Tykocińską trzypiętrowymi, o dużej ilości lokali kamienicami. Odtąd można już było wynajmować mieszkania z karty wywieszonej na bramie. Takie kamienice pojawiały się na Radzymińskiej, Święcianskiej i Barkocinskiej. Na ul. Bieżunskiej , gdzie dzisiaj znajduje się mleczarnia, zbudowany został w tym samym czasie przez Zarząd Miejski internat i szkoła specjalna dla chłopców trudnych wychowawczo. Ulice Targówka zaczęły przybierać coraz schludniejszy wygląd, lecz daleko im było do tego, co jest dzisiaj.

Już od roku 1930 przyrost dzieci w szkołach wskazywał w jakim tempie zaludnia się Targówek. Ci nowi mieszkańcy byli ludźmi różnych resortów pracy, lecz nie stanowili już elementu najbiedniejszego.
Okupacja drugiej wojny wykazała, że mieszkańcy Targówka to element moralnie wartościowy. Jeżeli kiedyś mówiono, że Targówek to dzielnica ,,gdzie diabeł mówi dobranoc”, to nie żadna makabryczność brana była pod uwagę, bo nigdy makabrycznym Targówek nie był, ale jego odległość od środków komunikacyjnych. Dziś już takie porzekadło nie może mieć zastosowania, bo autobusy wszędzie dowożą i chodzi się oświetlonymi ulicami. Diabeł mógł mówić dobranoc, gdy pełnia księżyca była jedynym oświetleniem zabłoconych i rozdeptanych ulic, a za wiaderko wody do picia płaciło się 50 groszy. Ludność Targówka po II wojnie została mocno przetasowana, a ruch wymienny trwa nadal. 50 % ludności to element napływowy z ostatnich 20 lat, ale ci, którzy przyszli najpierwsi – wrośli w Targówek i dumni są z niego. Nie należy więc rzucać krzywdzących słów w rodzaju ,,zakazana dzielnica”, ,,dzielnica oprychów i noża” lub ,,nie zawsze wraca się stamtąd cało”. Nawet dzisiaj, chociaż jest gorzej niż było (przypuszczalnie) – do roku 1948 –50 to jednak nie jest gorzej niż w innych dzielnicach Warszawy. Nic gorszego tutaj się nie dzieje niż na M.D.M lub nowych dzielnicach i osiedlach. Trudności wychowawcze w szkołach są niewspółmierne w porównaniu chociażby z pierwszymi latami po wojnie. Lecz te trudności są we wszystkich szkołach, bo nasi uczniowie są pod urokiem cielęcego wieku starszej młodzieży, która wiedzie obijacki tryb życia, przy zachłanności na pieniądze bez pracy, a tempo życia potęguje zło, często nie od razu dające się zauważyć. Ale tak jest nie tylko na Targówku. Do Targówka to złe tempo przyszło z bogatszych i rzekomo ,,mądrzejszych” dzielnic. W rodzinach dzisiejszych brak jest tego spoidła, które nazywa się uczuciem rodzinnym i to jest powodem, że dzieci z rodzicami nie rozumieją się, nie znają się. Właśnie tempo życia wytwarza w rodzinach chaos. Ciągły brak czasu, wieczne niedopatrzenie. W okresie okupacji szkoły prowadziły tajne nauczanie, rodzice wraz z dziećmi przechowywali i przenosili zakazane pomoce naukowe. Zakazana również była praca czerwonokrzyska, a rodzice wypiekali pszenne bułki, matki gotowały pożywniejsze zupy, aby w dni dozwolone obdzielić chorych, polskich żołnierzy w szpitalach. Była to wspaniała współpraca środowiska Targówka ze szkołą. A praca konspiracyjna chłopców i dziewcząt ze starszych klas! Niemal w każdym mieszkaniu matki odnajdywały składniki butelek przygotowanych na ,,pierwszy zryw”. Wszystkie butelki po szkolnym atramencie przechodziły w ręce uczniów. Dzieci umiały strzec swoich tajemnic jak ich starsze rodzeństwo i rodzice. Dzieci wiedziały, że w szkole odbywały się co pewien czas kursy szkolenia sanitarnego. Dostarczały nosze, bandaże, trzymały wartę. A tajne gazetki w rękach naszych dzieci, przynoszone do szkoły dla nauczycieli i dla woźnych. Mamusia to przysłała- mówiły dzieci. Ufaliśmy sobie, nie baliśmy się podstępu. Więc tu był wspaniały materiał ludzki od lat żyjący na Targówku. Tu mieszkali ludzie, którzy musieli w okresie międzywojennym zmienić nazwiska, tu Hanka Sawicka miała swoje domy dla konspiracji, tu, na Targówku była druga Wola – Robotniczy Targówek.

W kilka lat po wojnie (lata 50 – 52) oblicze Targówka zaczęło się istotnie zmieniać, ludzie ciągle się przetasowują, dużo rodzin otrzymuje mieszkania w nowych osiedlach, na co wskazuje znaczny ruch uczniów w szkole. Zdarzają się niekiedy wypadki, które wchodzą w kolizję z prawem, duża ilość rodzin rozbitych też nie wpływa dodatnio na stabilizację charakteru dzieci i młodzieży. Mimo to Targówek nie jest odosobnioną dzielnicą w tych wszystkich powikłaniach życia ludzkiego i nie należy go upadlać sloganem w rodzaju ,,zakazana dzielnica” i gorzej. Poznawałam Targówek wtedy, gdy zaczęłam pracować w naszej szkole. Wtedy, kiedy był najbardziej zaniedbaną dzielnicą przez ,,ojców miasta”. Wtedy, gdy był najbiedniejszy, lecz młodością swoją wrosłam w pracę dla Targówka i stał mi się bliski. Dlatego wdzięczna jestem pierwszemu kierownikowi Domu Kultury na Tragówku (p. Szczęsnowicz Remigiusz) za książkę ,,My z Targówka”. Pisze w niej o młodzieży powojennej z pierwszego dziesięciolecia, a więc nie tylko o tej, która wzrosła na Targówku, lecz i o przybyszach. Pisze o różnych doświadczeniach w swej pracy wychowawczej między innymi i o bardzo przykrych. Nie był jednak samotny, bo zgromadził wokół siebie kolektyw młodzieżowy, który pomagał mu w dobrej pracy i okazał się bardzo na poziomie. Wśród pozytywnie przedstawianych nazwisk młodzieży poznawałam nazwiska uczniów, którzy starali się trzymać w rękach honor swego rodzinnego Targówka. W pracy pedagogicznej są zawsze blaski i cienie, a że mimo wszystko autor książki ,,My z Targówka” patrzył na środowisko młodzieży z Targówka moimi oczami – wdzięczna mu jestem.

Maria Nawrocka